Pierwsze z zaskoczeń jakie dziś mnie spotkało, dotyczyło ilości wchłoniętego rumu z kolą (tak, tak, świętujemy 50 aniversario de Cuba Libre), a zwłaszcza jego wpływu na zdolność do zejścia / zjazdu. U mnie niestety zerową. Wchłaniałem wczorajszego wieczora w celu szybkiego przerwania sztywnego łącza ze świadomością, i niestety skutek był przeciwny do zamierzonego. Miast udać się w objęcia snu (czy była żeńska odpowiedniczka Morfeusza? he, Morfina?), wkręcałem się colą nie całkiem zero na coraz wyższe obroty, na skutek czego zszedłem z fizycznego zmęczenia dopiero o 4 rano, zamiast planowanej 23:30. Mimo późnej pory oraz niewątpliwego przebywania pod przemożnym wpływem, nie byłem w stanie się zasuspendować. Następnym razem tylko rum, bez coli.
Drugie zaskoczenie dotyczyło względnie dobrego samopoczucia w tzw. nazajutrz - powstanie o 7:30 razem z młodzieżą starszą, dotrzymywanie jej tempa w śnieżnej rzezi na podwórku, rodzinne życie nie przerwane żadną poważniejszą dyskusją, wreszcie ekspresowe odnalezienie i odkopanie samochodu w wielkiej zaspie pod blokiem - wszystko to nie wywarło na mnie większego wrażenia. Aż do piętnastej, kiedy system upadł pod naporem obniżającego się ciśnienia.
Trzecie zdziwienie przyszło z rąk Bubu, który to - podczas niewinnej sesji Jawbreaker'a na nawigacyjnym pockecie HP - zapragnął był wyjąć kartę pamięci SD, a następnie czyn ten niecny szybko zatrzeć poprzez ponowne jej włożenie. Odwrotnie. Prawie do końca. Co zaskutkowało oczywistym uszkodzeniem slotu i niechęcią kart do pozostawania w nim na dłużej.
Czwarte wreszcie zdziwienie wyniknęło z tego, że mimo usilnych prób rozniesienia pocketpc na części, udało mi się poskładać zapadkę w slocie SD oraz uruchomić ponownie urządzenie. Era grzebania w pececie najwyraźniej dobiegła końca, za rok pewnie zostanę neurochirurgiem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz